Portal turystyczno-kulturalny
Jeśli wydaje Wam się, że Turcja to tylko all inclusive, słońce i leżak – Robert Makłowicz z radością wyprowadzi Was z błędu. W najnowszym odcinku swojego kulinarno-podróżniczego cyklu zabiera nas do Antalyi – bramy Tureckiej Riwiery – by pokazać, że pod płaszczem wakacyjnego banału skrywa się kraj o bogactwie smaków, historii i... kebabów, które potrafią być wyrafinowane jak francuska haute cuisine.
Nasz ulubiony kucharz, gawędziarz i podróżnik Robert Makłowicz zabierze nas dzisiaj do Dalmacji, do doliny Neretwy przy jej ujściu do Adriatyku. Przyjrzymy się rosnącym w tej części Chorwacji cytrusom, ze specjalnym uwzględnieniem mandarynek. Mistrz Robert przedstawi też małą wariację związaną ze słynnymi francuskimi naleśnikami crêpes Suzette w piwno-mandarynkowej wersji.
W Polańczyku nie brakuje lokali, które próbują na siłę się wyróżnić — neonami, wystrojem, przesadnie rozbudowanym menu czy hasłami o „regionalnym charakterze”. Anielski Zakątek działa odwrotnie. Tu nie ma potrzeby udawania czegokolwiek, bo siła tego miejsca tkwi w prostocie, normalności i szczerym podejściu do gościa. Dla mnie i Jasia stał się naturalnym przystankiem po naszych wędrówkach — miejscem, gdzie można przysiąść bez pośpiechu, zamówić coś konkretnego i zwyczajnie złapać oddech. Bez fajerwerków, za to z autentycznym, przyjaznym klimatem.
W świecie muzyki są głosy, które nie potrzebują tłumaczenia, by przemówić do duszy. Jednym z nich jest głos Cesarii Evory – „bosonogiej diwy” z Wysp Zielonego Przylądka, która dzięki swojemu charakterystycznemu stylowi i autentycznemu brzmieniu stała się ambasadorką kultury swojego kraju na całym świecie. Jej melancholijne morny i rytmiczne coladery są dziś nie tylko muzyką, ale również świadectwem historii, tęsknoty i niespełnionych marzeń. Dla mnie w Polsce artystkami formatu Cesarii Evory są Kayah oraz romska pieśniarka Teresa Mirga z zespołu Kałe Bała.
W Bieszczady najlepiej ruszać bez wielkich planów. Nie po to, by zaliczać kolejne punkty z mapy, ale by dać się ponieść — widokom, pogodzie, zapachom, rozmowom. My tak zrobiliśmy. W jeden z październikowych czwartków, razem z Jaśkiem, po prostu „rzuciliśmy wszystko i pojechaliśmy w Bieszczady”. Chcieliśmy pobyć, pomyśleć, odetchnąć. Pojechaliśmy, żeby złapać dystans, którego obaj potrzebowaliśmy — każdy po swojemu. Czasem wystarczy zmiana widoku za oknem, by myśli zaczęły układać się spokojniej.

