Tegoroczne ferie zimowe postanowiliśmy z Jasiem spędzić w sposób dość klasyczny, choć w naszym wydaniu zawsze z nutą improwizacji. Plan był prosty: „dojodować się” nad polskim morzem, konkretnie w Krynicy Morskiej, z jednodniowym przystankiem na Zamku w Pułtusku. To był kolejny nasz męski wyjazd bez Konsueli, choć obiecujemy sobie, że następny odbędzie się już w pełnym składzie.
Mało brakowało, aby cała wyprawa zakończyła się… w naszym garażu. Grand C-Max przy minusowej temperaturze postanowił zamanifestować niezależność – czujnik położenia sprzęgła odmówił współpracy. Mróz wygrał pierwszą rundę.

Na szczęście dzięki życzliwości dobrych ludzi i odrobinie determinacji sytuację udało się opanować. Straciliśmy jeden dzień, ale wyjazd doszedł do skutku. Jak się później okazało, być może był to pierwszy „żarcik” pewnego biskupa… 🙂
Pułtusk – między historią a legendą
Pierwszym przystankiem był Pułtusk i górujący nad Narwią Zamek Biskupów Płockich. Dzisiejszy Zamek w Pułtusku to w istocie wielowarstwowa konstrukcja historyczna – pierwotna warownia powstała w XIV wieku jako siedziba biskupów płockich. Przez wieki obiekt był rozbudowywany, niszczony i odbudowywany. Po zniszczeniach II wojny światowej został pieczołowicie zrekonstruowany.

Dziś mieści się tu Dom Polonii im. Ignacego Jana Paderewskiego, należący do Stowarzyszenia „Wspólnota Polska”. To ważne miejsce dla środowisk polonijnych z całego świata. Dyrektorem obiektu, trzygwiazdkowego hotelu wraz z restauracją, jest Michał Kisiel – człowiek, który łączy historyczną świadomość miejsca z nowoczesnym zarządzaniem.

Dla mnie była to już kolejna wizyta. Jaś znał Zamek dotąd tylko ze zdjęć i opowieści. Bardzo chciał zobaczyć go na żywo – także ze względu na legendy o… duchach. 🙂 Najsłynniejsza mówi o duchu biskupa, który ma pojawiać się w zamkowych korytarzach i na wieży. Według jednej z opowieści to duch hierarchy, który nie może zaznać spokoju, bo za życia nie zdążył doprowadzić do końca ważnych spraw diecezji. Inna wersja głosi, że to duch strażnika zamkowych skarbów, który nie toleruje nieproszonych gości.

Po zakwaterowaniu wyruszyliśmy na pułtuski Rynek. Warto dodać, że jest to jeden z najdłuższych rynków w Europie – ma około 400 metrów długości i rzeczywiście robi wrażenie swoją przestrzenią i proporcjami.
Pierwszy cel był jednak mało romantyczny – fryzjer. Jaś uznał, że ferie to dobry moment na skrócenie fryzury. O jednym z tamtejszych salonów przeczytaliśmy w internetowych opiniach zdanie: „Po fryzjerze wyglądam jak menel”. 🙂 Terminów tam nie było, więc los uchronił nas przed „eksperymentem”. 🙂 Ostatecznie trafiliśmy do innego zakładu na Rynku. Obsługująca nas pani była nieco… zdystansowana, ale efekt końcowy był jak najbardziej akceptowalny.

Zwiedziliśmy bazylikę Zwiastowania Najświętszej Maryi Panny – imponującą świątynię z XV wieku, jedną z najcenniejszych budowli sakralnych Mazowsza. Gotyckie sklepienia, przestrzeń i cisza dawały wytchnienie od mroźnej aury.
A pogoda? Szaro, buro, śnieg i przenikliwy mróz. Klimat przypomniał mi przełom lat 1991/1992 i mój pobyt w Moskwie – podobna surowość, podobna bezlitosność zimy.
Na Zamku zjedliśmy bardzo dobry obiad, a później ruszyliśmy na spacer wokół murów, przez park zamkowy, aż nad zamarzniętą Narew. Na Rynku czekał na nas pomnik Krzysztofa Klenczona – spotkaliśmy się z „Krzyśkiem” i zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcie.

Oczywiście nie mogło zabraknąć poszukiwań ducha biskupa. Penetrowaliśmy korytarze, zaglądaliśmy w zakamarki. Najprawdopodobniej ukrył się na wieży, do której – jak się okazało następnego dnia – klucz znajdował się… na recepcji. Dyrektor Michał poinformował nas o tym już po fakcie. Wygląda na to, że biskup po raz kolejny zrobił nam psikusa. Pierwszym był czujnik w aucie. 🙂

Wieczór zakończyliśmy w Sali Kominkowej. Cisza, historia i świadomość miejsca mają tu swoją wagę.

Rano – rewelacyjne śniadanie, pakowanie i szybka rozmowa z dyrektorem Michałem, który właśnie przyjechał na dziedziniec zamkowy. Było to przywitanie i pożegnanie w jednym. Kilka zdań o planach, o pogodzie i ruszyliśmy w kierunku Krynicy Morskiej.
Krynica Morska – zima na końcu Mierzei
Nawigacja zaproponowała dwie trasy, aby dojechać z Pułtuska do DK7 – krótszą lokalnymi drogami i dłuższą, bezpieczniejszą. Wybraliśmy krótszą. Dawno nie widziałem tyle śniegu. W niektórych miejscach drogi były utrzymane fatalnie – ślisko, nierówno, miejscami biało od śniegu. Ale daliśmy radę.
Krynica Morska to niewielkie miasto położone na Mierzei Wiślanej, między Bałtykiem a Zalewem Wiślanym. Jedno z najmniejszych miast w Polsce pod względem liczby mieszkańców, ale o wyjątkowym położeniu – wąski pas lądu, z jednej strony otwarte morze, z drugiej spokojniejsze wody zalewu.

Dojechaliśmy chwilę po 14. Zatrzymaliśmy się w Willi Rybackiej. Dzięki uprzejmości właściciela przesunęliśmy rezerwację o jeden dzień – po pamiętnej historii z czujnikiem.

Pokój był naprawdę ładny – spokojnie standard małego hotelu trzygwiazdkowego. Ogrzewanie podłogowe działało bez zarzutu. Łazienka, choć estetycznie wykończona, była chłodniejsza – co przy minusowych temperaturach miało nawet swój hartujący urok.

Właściciel Willi Rybackiej prowadzi również Karczmę Krynicką. Skorzystaliśmy. Zamówiliśmy pizzę (32 cm – okazała się wyzwaniem dla naszej dwójki) oraz grillowanego karmazyna.

Ryba była znakomita – delikatna, soczysta, dosłownie rozpływała się w ustach. Za całość wraz z napojami zapłaciliśmy około 120 zł, korzystając z 10% rabatu dla gości Willi.

W dniu przyjazdu, mimo minus sześciu stopni, padała lekka mżawka. Efekt? Lodowisko na chodnikach i ulicach. Chodzenie wymagało koncentracji. Następnego dnia sytuacja była podobna.
Zakupy robiliśmy w pobliskim Polo Markecie – klasyczna baza logistyczna wyjazdu.
Plażę odwiedziliśmy dwa razy. Zimą Bałtyk ma zupełnie inny charakter – surowy, niemal ascetyczny. Spacer brzegiem morza przy mroźnym powietrzu rzeczywiście daje poczucie „dojodowania się”. To nie jest slogan – to fizyczne doświadczenie.

Odwiedziliśmy także latarnię morską w Krynicy. Obecna konstrukcja pochodzi z 1951 roku i ma ponad 26 metrów wysokości. Z galerii widokowej rozciąga się panorama na Bałtyk, Zalew Wiślany i zabudowę miasta – zimą niestety nie da się tego doświadczyć.

Spacerowaliśmy promenadą od strony zalewu – spokojniejszą, bardziej kameralną niż nadmorski deptak. Zrobiliśmy zdjęcie przy pomniku dzików – żywych niestety nie spotkaliśmy, choć Krynica słynie z ich obecności. Za to jak jechaliśmy do Krynicy lis przebiegł nam drogę, a jak wracaliśmy przebiegło stadko danieli.

Do Krynicy przyjechaliśmy w czwartek, wyjechaliśmy w niedzielę. Krótko, intensywnie, z przygodami mechanicznymi i meteorologicznymi w tle.

W niedzielę wróciliśmy po sześciu godzinach jazdy – zmęczeni, ale z poczuciem dobrze spędzonego czasu. Czasem nie trzeba spektakularnych atrakcji. Wystarczy droga, rozmowy, odrobina historii, szczypta legendy i zimne powietrze znad Bałtyku.
A duch biskupa? Mam wrażenie, że jeszcze się spotkamy… 🙂
Grzegorz Turski (gpt)






