W Bieszczady najlepiej ruszać bez wielkich planów. Nie po to, by zaliczać kolejne punkty z mapy, ale by dać się ponieść — widokom, pogodzie, zapachom, rozmowom. My tak zrobiliśmy. W jeden z październikowych czwartków, razem z Jaśkiem, po prostu „rzuciliśmy wszystko i pojechaliśmy w Bieszczady”. Chcieliśmy pobyć, pomyśleć, odetchnąć. Pojechaliśmy, żeby złapać dystans, którego obaj potrzebowaliśmy — każdy po swojemu. Czasem wystarczy zmiana widoku za oknem, by myśli zaczęły układać się spokojniej.
Wyruszyliśmy z Zakopanego. Trasa prowadziła obok Jeziora Czorsztyńskiego, przez Krościenko nad Dunajcem, Łącko, Nowy Sącz, Grybów, Szymbark, Nowy Żmigród, Duklę, Sanok i Lesko. Długa, kręta, ale piękna. Za Nowym Sączem zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej. Zatankowaliśmy i zjedli po wielkim hot-dogu. Trasa minęła spokojnie. Po ponad czterech godzinach byliśmy w Polańczyku. Kolorowe liście, przebijając się przez chmury słońce i błękit. Czuliśmy, że dotarliśmy tam, gdzie trzeba.

„Liść Klonu” — dom z duszą nad Soliną
Zatrzymaliśmy się w pensjonacie „Liść Klonu” — miejscu, które przyciągnęło nas nazwą i… korzystną ceną. Gospodarze, pani Maria i jej mąż, przyjęli nas tak, jak się kiedyś przyjmowało gości: z uśmiechem, bez udawania. Kilka zdań wymienionych przy progu wystarczyło, by poczuć, że to dom z duszą, nie hotel z folderu biura podróży.

Nasz pokój był małą dwójką, przytulną i ciepłą. Z balkonu nie widać było co prawda całego jeziora, ale poranna mgła snująca się nad wodą robiła większe wrażenie niż jakikolwiek widok panoramiczny. W środku czysto, schludnie, łazienka świeża i pachnąca, a w telewizorze – mecze Polaków, które oglądaliśmy z kanapką i herbatą w ręku.
Dzień, w którym zaświeciło słońce
Tylko ten pierwszy dzień, czwartek, był ze słońcem (nie licząc dnia wyjazdu), które wyszło za chmur jakby specjalnie dla nas. To taki dzień, który zapisuje się w pamięci.

Poszliśmy pieszo ulicą Zdrojową aż do Ekomariny na koniec cypelka. Po drodze – pensjonaty, budki z pamiątkami i w sumie cisza po sezonie. Polańczyk jesienią ma w sobie coś z melancholii – to już nie gwar wakacji, ale bardziej leniwy spokój. Ten spokój się nam udzielił, wspomagany jeszcze przez kojący widok wód Soliny.

Byliśmy też w miejscu, gdzie cumuje statek wycieczkowy „Tramp”. Akurat wracał z rejsu. Z pokładu wysiadła grupa roześmianych wycieczkowiczów. Umówiliśmy się z kapitanem na dzień następny na 10:00 rano. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że to deszczowa aura stanie się głównym bohaterem naszego pobytu. Bo kolejne dni mijały w rytmie kropel. Mgła, mżawka, szum o parapet.

Koniec końców nie popłynęliśmy w rejs „Trampem”. Mimo, że byliśmy na miejscu o wyznaczonej godzinie, to marna pogoda i rozwrzeszczana grupa trzecioklasistów skutecznie nas zniechęciła. Zmoknięci i zmęczeni wróciliśmy do „Liścia Klonu”.
Smaki Bieszczad
W Polańczyku wiele lokali było już zamkniętych, ale znaleźliśmy kilka miejsc, które warto zapamiętać. Pierwszy był Anielski Zakątek — nieduża restauracja, w której serwowano lokalne dania oraz pizzę i świetną domową lemoniadę. Nasz wybór padł na pizzę i lemoniadę. Było tam bez zadęcia, ale z sercem. Idealne miejsce, by ogrzać się po spacerze, wysuszyć kurtki i pogadać.

Potem przyszła pora na Zakapiora – drewnianą oberżę, w której czuć ducha starych Bieszczad. Zapach pieczonej dziczyzny, gulasz, kwaśnica, pierogi – wszystko solidne, uczciwe, bez zbędnych ozdobników. Obsługa może trochę zmęczona sezonem, ale kto by się czepiał.

To właśnie tam, wśród fotografii na ścianie, zobaczyliśmy portret Jana Dareckiego – Pustelnika Jano. Postać, o której słyszałem już wcześniej – człowieka, który z bieszczadzkiej samotności uczynił styl życia. Poznałem go dzięki internetowi. Mimo wcześniejszych planów nie udało nam się z Nim spotkać, po części to wina pogody i trochę naszej. Mam nadzieję, że będzie jeszcze okazja się zobaczyć.

I jeszcze jedno – Zupa Dupa. Brzmi zabawnie, ale to niemal legenda Zakapiora. Gęsta, aromatyczna. W jej skład wchodzą m.in. borowiki nazywane tu „dupkami” – stąd nazwa, suszone śliwki i kluseczki.

Danie, które łączy ludzi przy stole i przypomina, że Bieszczady nie potrzebują gwiazdek Michelin, by smakować wyjątkowo. Tak samo jak pieczeń z dzika, której jedna porcja wystarczyła dla mnie i Jasia.
Bieszczadzki deszcz uczy
Poranki i wieczory w „Liściu Klonu” miały swój rytm. Kanapki i herbata, rozmowy, śmiech, czasem mecz, czasem cisza i stukot deszczu o parapet. W takich chwilach człowiek naprawdę odpoczywa. Pogoda przestaje mieć znaczenie, a ważne stają się proste rzeczy.

Ten wyjazd miał być dla nas odpoczynkiem, ale był też czymś więcej. Potrzebowaliśmy tej bieszczadzkiej ciszy, by coś w sobie uporządkować, złapać dystans, pobyć nie w biegu, ale po prostu — razem. Deszcz pomógł. Uczył pokory i zatrzymania.
Powrót przez Słowację
W drodze powrotnej wybraliśmy trasę przez Słowację: Tarnawy, Komańczę, Barwinek – przejście graniczne, Svidnik, Zborov z zamkiem na wysokim wzgórzu, Bardejów – też z pięknym zamkiem, Lubowlę, Tatrzańską Kotlinę, Zdziar i Jurgów. Na nasz wyjazd, tak jak i na przyjazd, po kilku dniach mgły i deszczu wreszcie pokazało się słońce. Drogi lśniły, cerkwie błyszczały złotymi kopułami, a jesienne lasy wyglądały jak obraz.

W samochodzie panowała cisza. Nie ta niezręczna, ale dobra, nasycona. Każdy z nas coś tam sobie układał w głowie. Ja wiedziałem jedno — że wrócę, że wrócimy we trójkę. Nie wszystko się nam udało: nie było rejsu statkiem, nie spotkaliśmy się z Jano, nie zawsze świeciło słońce. Ale może właśnie o to chodziło, żeby zostawić sobie powód do powrotu?
Grzegorz Turski (gpt)






