Deszcz, spacery i smaki — jesienny wyjazd do Polańczyka
W Bieszczady najlepiej ruszać bez wielkich planów. Nie po to, by zaliczać kolejne punkty z mapy, ale by dać się ponieść — widokom, pogodzie, zapachom, rozmowom. My tak zrobiliśmy. W jeden z październikowych czwartków, razem z Jaśkiem, po prostu „rzuciliśmy wszystko i pojechaliśmy w Bieszczady”. Chcieliśmy pobyć, pomyśleć, odetchnąć. Pojechaliśmy, żeby złapać dystans, którego obaj potrzebowaliśmy — każdy po swojemu. Czasem wystarczy zmiana widoku za oknem, by myśli zaczęły układać się spokojniej.
