Agii Apostoli na Krecie. Te cztery urokliwe, osłonięte od silnych północnych wiatrów piaszczyste zatoki, położone zaledwie kilka kilometrów na zachód od gwarnej Chanii, mają w sobie coś magnetycznego. Zielone laski eukaliptusowe i piniowe schodzące niemal do samego morza, spokój i ta specyficzna, lokalna atmosfera sprawiają, że to właśnie tutaj czujemy się najlepiej. Jednak Agii Apostoli to nie tylko idealne plaże na leniwe popołudnie. To także doskonały punkt wyjścia do odkrywania fascynującej historii i mitologii wyspy, która w tym rejonie dosłownie wyłania się z morskich fal.
Skamieniały potwór na horyzoncie
Wystarczy stanąć nad brzegiem morza w Agii Apostolii i spojrzeć nieco na zachód, w stronę Agia Marina, by dostrzec charakterystyczną, surową sylwetkę niezamieszkanej wyspy Thodorou (Agioi Theodorou). Dzisiaj to ścisły rezerwat przyrody, w którym schronienie znalazły dzikie kreteńskie kozy kri-kri. Jednak lokalna legenda widzi w tym miejscu coś znacznie bardziej dramatycznego.

Według podań przekazywanych przez mieszkańców zachodniej Krety, w dawnych czasach, gdy wyspę regularnie najeżdżali piraci, z morskich głębin wyłonił się gigantyczny potwór wraz ze swoim młodym. Bestia parła w stronę brzegu z otwartą paszczą, gotowa pożreć bezbronnych mieszkańców. Przerażeni ludzie runęli na kolana, błagając świętego Jerzego o ratunek. Modlitwy zostały wysłuchane – w ułamku sekundy, gdy potwór miał już uderzyć w ląd, oboje ze swoim potomkiem zostali zamienieni w kamień. Jeśli przyjrzycie się wyspie Thodorou od strony plaży, duża jaskinia w jej zboczach do złudzenia przypomina rozwartą, skamieniałą paszczę morskiego potwora, a mniejsza skała Glaronisi obok to jego skamieniałe dziecko.
Żywa tradycja maleńkiej kapliczki
Sama nazwa Agii Apostoli, czyli „Święci Apostołowie”, pochodzi od maleńkiej, bielonej kapliczki malowniczo usytuowanej na cyplu obmywanym przez morskie fale. Od wieków była punktem orientacyjnym dla tutejszych rybaków. Tradycja ta ma głębokie korzenie, ponieważ całe zaplecze dzisiejszej Chanii leży na terenach potężnego minojskiego miasta-państwa, czyli Kydonii.

Co ciekawe, ta urokliwa świątynia to nie tylko historyczny zabytek, ale miejsce wciąż żywe – nadal regularnie odbywają się w niej nabożeństwa. Mieliśmy nawet okazję w jednym z nich uczestniczyć. Po zakończeniu nabożeństwa zostaliśmy niesamowicie miło przyjęci przez greckich wiernych i poczęstowani tradycyjnym ciastem.

Jedynie Konsuela nie miała okazji go spróbować – musiała się w trybie pilnym ewakuować na zewnątrz przez ogromne, gęste ilości dymu z kadzidła, które wypełniły nie tylko wnętrze kapliczki.

Z tego wzniesienia przy kapliczce, z widokiem na otwarte, pełne morze, lubimy też oglądać przepiękne zachody słońca. Gdy horyzont zaczyna płonąć odcieniami czerwieni i złota, można tam naprawdę odpłynąć – i to nie tylko dosłownie.
Talos i starożytni astronauci – mityczna potęga Krety
Opuszczając na chwilę nasze ulubione zatoki i ruszając w głąb wyspy, wkraczamy w krainę, gdzie rodził się cały grecki panteon. To przecież na Krecie, w ukrytej przed światem górskiej jaskini, Rhea urodziła Zeusa, ratując go przed pożarciem przez własnego ojca, Kronosa.
To tutaj na Krecie biegał Talos – olbrzym z brązu, podarowany przez Zeusa do ochrony wyspy i ukochanej Europy. Talos był w zasadzie pierwszym autonomicznym robotem: trzy razy dziennie patrolował wybrzeża Krety, rzucając potężnymi głazami w nieprzyjacielskie okręty.

Jego potęga skończyła się dopiero wtedy, gdy czarownica Medea podstępem wyciągnęła miedziany gwóźdź z jego jedynej żyły, pozwalając, by boska krew (ichor) wyciekła na kreteńską ziemię. Czyżby wyciągnęła mu korek, wylał się olej i maszyna się zatarła?

Ten mityczny strażnik od lat rozpala wyobraźnię m.in. zwolenników teorii o „starożytnych kosmitach”. Dla badaczy spod znaku paleoastronautyki Talos nie jest postacią fikcyjną, lecz mechanicznym androidem lub zaawansowanym systemem obronnym, pozostawionym na Ziemi przez pozaziemską cywilizację (którą starożytni Grecy brali za bogów). Konstrukcja giganta, jego powtarzalny schemat patrolowania wyspy oraz pojedynczy przewód zasilający zamknięty sworzniem idealnie wpisują się w opisy dawnych maszyn i zaawansowanej technologii, która wyprzedzała epokę o tysiąclecia.
Labirynt, ludzkie dramaty i potęga Knossos
Nie sposób też zapomnieć o Knossos – sercu minojskiej Krety – oraz o związanych z nim opowieściach, które na stałe weszły do kanonu światowej kultury. Historia króla Minosa, Labiryntu i uwięzionego w nim potwora to w gruncie rzeczy opowieść o ludzkiej pysze, miłości i genialnym umyśle, z której popkultura czerpie garściami do dziś. Zresztą, fani teorii o starożytnych astronautach również tutaj dopatrują się alternatywnego dna, sugerując, że sam skomplikowany Labirynt mógł być rodzajem technologicznego schronu, a Minotaur – efektem zaawansowanych eksperymentów genetycznych obcych.

Tradycyjny mit mówi jednak o ambicji. Król Minos, chcąc udowodnić swoje niezbywalne prawo do tronu Krety, poprosił boga mórz, Posejdona, o widzialny znak poparcia. Bóg przysłał mu z morskich głębin nieskazitelnie białego, wspaniałego byka, który miał zostać złożony w ofierze. Minos jednak, zachwycony pięknem zwierzęcia, postanowił oszukać bóstwo i zachował go w swoim stadzie, na ołtarzu kładąc innego byka. Gniew Posejdona był wyrafinowany i okrutny – rzucił klątwę na żonę Minosa, królową Pazyfae, wzbudzając w niej nienaturalną, obezwładniającą miłość do owego białego byka.
Owocem tego przeklętego związku był Minotaur – przerażająca istota o ludzkim ciele i łbie byka, żywiąca się wyłącznie ludzkim mięsem. Przerażony i zawstydzony król Minos postanowił ukryć potwora przed wzrokiem poddanych. Zlecił to zadanie przebywającemu na jego dworze Dedalowi – najwybitniejszemu architektowi i wynalazcy starożytności. Dedal wzniósł Labirynt: potężną strukturę o tak skomplikowanym i splątanym układzie korytarzy, że każdy, kto raz w nią wszedł, nie potrafił już odnaleźć drogi powrotnej. Do tego mrocznego miejsca co kilka lat trafiał krwawy haracz – siedmiu młodzieńców i siedem dziewcząt z podbitych przez kreteńską flotę Aten, rzucanych Minotaurowi na pożarcie.
Kres temu okrucieństwu położył dopiero ateński heros Tezeusz. Przybył on na Kretę z zamiarem zgładzenia bestii, jednak sam nie miałby szans na ucieczkę z Labiryntu, gdyby nie miłość, jaka wybuchła między nim a Ariadną, córką Minosa. To właśnie ona, za namową współczującego Dedala, podarowała ukochanemu kłębek nici. Tezeusz przywiązał jej koniec u wejścia, zabił Minotaura w głębi podziemi i zwijając nić z powrotem – krok po kroku – bezpiecznie wydostał się na zewnątrz. Sformułowanie „nić Ariadny” do dziś służy nam jako metafora wyjścia z pozornie bez wyjścia sytuacji.
Zemsta króla Minosa za pomoc w ucieczce Tezeusza natychmiast uderzyła w samego architekta. Władca uwięził Dedala oraz jego młodego syna Ikara na Krecie, by tajemnica Labiryntu nigdy nie opuściła wyspy. Tęskniący za ojczyzną Dedal znalazł jednak drogę ucieczki tam, gdzie Minos nie miał władzy – w powietrzu. Skonstruował dla siebie i syna olbrzymie skrzydła z ptasich piór, połączonych woskiem.

Przed startem ojciec przekazał synowi kluczową, mądrą radę: nie leć zbyt nisko, bo morska wilgoć obciąży pióra, ani zbyt wysoko, bo żar słońca stopi wosk. Ikar, uosabiający młodzieńczą brawurę i zachłanność życia, w trakcie lotu nad Morzem Egejskim zapomniał o przestrogach. Zachwycony wolnością wznosił się coraz bliżej słońca, aż wosk zaczął spływać po jego ramionach, a on sam runął w morską otchłań. „Ikarowy lot” stał się uniwersalnym symbolem dążenia do niemożliwego, które płaci się najwyższą ceną.

Wieczorem w Agiii Apostoloi, gdy słońce chowa się za linię horyzontu i delikatnie oświetla kapliczkę na wzgórzu oraz majaczącą w oddali wyspę Thodorou, można przenieść się w tamte czasy. Już za kilka tygodni znowu będziemy mieli okazję znowu tam być, bo Kreta nie pozwala o sobie zapomnieć – a jej najpiękniejsze historie najlepiej odkrywa się tam, gdzie szum fal miesza się z zapachem eukaliptusów.
Grzegorz Turski (gpt)





