Nasza ocena:
Każda samochodowa czy motocyklowa wyprawa w rumuńskie góry fogaraskie wymaga odpowiedniej logistyki. Kiedy pod koniec sierpnia, w ramach kolejnej podróży nad Morze Czarne, ruszyliśmy w trasę razem z Jasiem, wiedzieliśmy jedno: musimy znaleźć sprawdzoną, wygodną i strategicznie położoną przystań tuż przed uderzeniem na najsłynniejszą trasę Rumunii. Naszym wyborem okazała się Casa Floare de Colț, położona w malowniczej Cârțișoarze – miejscowości, która dla wielu podróżników jest absolutną bramą do Drogi Transfogarskiej.
Cârțișoara: Wioska z historią u stóp wielkich gór
Zanim o samym pensjonacie, warto poświęcić kilka słów samej miejscowości. Cârțișoara to nie tylko punkt na mapie, przez który po prostu się przejeżdża. To wieś z bogatą historią, głęboko zakorzeniona w tradycji regionu Siedmiogrodu (Transylwanii). Znajduje się tu m.in. ciekawe Muzeum Etnograficzne im. Badea Cârțan, poświęcone legendarnemu lokalnemu bohaterowi, który pieszo wędrował aż do Rzymu, by udowodnić daco-rumuńskie pochodzenie swoich rodaków.

Sama miejscowość zachowuje autentyczny, niespieszny rytm rumuńskiej prowincji. Spacerując po okolicy, natkniemy się na tradycyjną zabudowę, lokalny kościół oraz cmentarz. Warto też wspomnieć o tutejszym wiejskim sklepie – miejscu specyficznym, które w internetowych opiniach zbiera skrajne recenzje (głównie za sprawą oschłej obsługi). 🙂 Podczas naszej wizyty sprzedawczyni rzeczywiście przypominała bezemocjonalnego robota, ale jeśli podejdzie się do tego z dystansem, bez problemu zaopatrzymy się tu w zimne napoje czy najpotrzebniejsze rzeczy, płacąc – co ważne – bez problemu kartą.
Pierwsze wrażenie i logistyka: Szybki meldunek z przygodą
Do Cârțișoary dotarliśmy sporo przed oficjalną godziną zameldowania. Mimo to obsługa stanęła na wysokości zadania i przyjęła nas bez żadnego problemu, co po długiej drodze było ogromnym plusem.

Nie obyło się jednak bez drobnej, niemal kultowej rumuńskiej pomyłki recepcyjnej! Pani z obsługi pomyliła pokoje i na powitanie otrzymaliśmy standardowy pokój dwuosobowy. Ponieważ podróżujemy we dwóch, początkowo wydawało się to w porządku, szybko jednak wyszło na jaw, że ten konkretny pokój był zarezerwowany dla kogoś innego, a dla nas… przeznaczona była przestronna „trójka” 🙂 Wszystko odbyło się w niezwykle uprzejmej atmosferze, więc nie mieliśmy absolutnie żadnych pretensji – w końcu dostaliśmy standardowo podobny, ale znacznie większy pokój.

Warto wspomnieć o pewnym lokalnym fenomenie technicznym, z którym w Rumunii stykamy się nie po raz pierwszy. Chodzi o zamykaniu drzwi. Aby zatrzasnąć lub otworzyć zamek, klamkę trzeba najpierw energicznie podnieść do góry.

Patent do dziś dla mnie zagadkowy, tym bardziej, że… sami gospodarze mieli z nim chwilowy problem! Co ciekawe, ponieważ na noc główna brama wjazdowa na posesję jest zamykana, sprawę rozwiązaliśmy po swojemu – drzwi do pokoju… pozostały otwarte, a jako „alarm” antywłamaniową bazę posłużyła nam duża, ciężka pufa ustawiona w progu.
Warunki pobytu i ocena
Casa Floare de Colț oferuje czyste, funkcjonalne wnętrza i dobrze przygotowane zaplecze sanitarne – łazienka była dokładnie taka, jaka być powinna: czysta i bezproblemowa. Obiekt stanowi doskonałą bazę wypoczynkową po całodziennej podróży. Przestrzeń wokół pensjonatu pozwala na spokojny relaks i nabranie sił przed wyzwaniami czekającymi na serpentynach górskich.

Dodatkowym atutem, z którego z wielką chęcią skorzystaliśmy z Jasiem, był dostępny na miejscu stół do ping-ponga – krótki turniej rakietkowy na świeżym powietrzu doskonale rozładował podróżne zmęczenie.

Przez cały pobyt mogliśmy też liczyć na miłe towarzystwo rezydentów tego miejsca, a zwłaszcza niezwykle sympatycznego kota, który chętnie dotrzymywał nam kroku podczas kręcenia się po terenie pensjonatu.
Podsumowanie: Czy warto?
Jeśli planujecie wjazd na Drogę Transfogarską od północnej strony (co jest najpopularniejszym i najbardziej spektakularnym wariantem), Cârțișoara i Casa Floare de Colț są wyborem niemal idealnym. Sam pobyt – mimo drobnych, zabawnych przygód z klamką czy zamianą pokojami, towarzystwa naszego kumpla kota i zaciętych pojedynków przy ping-pongu – wspominamy bardzo dobrze. To świetny przystanek na jeden lub dwa dni, pozwalający poczuć klimat rumuńskiej wsi i przygotować się na niezapomniane widoki, o których opowiem w innym tekście.
Grzegorz Turski (gpt)






